Islamizm cz. 4

Jeżeli fatalizm ten ma szeroki wpływ na islamistów, to ma zapewne w tern, że otwiera na oścież wrota przesądnym wierzeniom, bo człowiek, który modlitwą nie może się niczego spodziewać od Boga, staje się skłonnym do szukania pomocy w nadprzyrodzonych środkach, w czarach i magii. Wschodnia to też sztuka, jak ten miraż, który po pustyni złudne maluje obrazy.

Koran dwa obowiązki nałożył swym wyznawcom: pięciorazową modlitwę, na którą kazał się im wspólnie gromadzić i wojnę świętą. Można by powiedzieć, że ta ostatnia po nad wszystkim góruje. Dla niej to wino, śpiew, muzyka, deklamacja, jednym słowem wszystko, co zwykło łączyć towarzystwo ludzi po za świątynią, zostało przez proroka potępione. Ludzie mają się gromadzić jedynie w świątyni, żeby słuchać czytania Koranu, i kto widział ich tak zgromadzonych, temu mimo woli przedstawia się obraz wojska ćwiczonego, przez jakiegoś dowódcze. Tu słuchają, że wojna święta jest dla Boga najmilszym zajęciem człowieka i mają być gotowi do jej podjęcia. Nawet dom nie jest miejscem zbierania się ludzi, bo kobieta odcięta została od społeczeństwa. W tern tkwi systemat. Poligamia zaś istniała zawsze u pierwotnych ludów. Mahomet ją tylko przyjął. Nie trzeba sądzić, że w tym jest wielkie złe, bo zawsze była ona tylko udziałem możnych, lud jej nie praktykował, i dziś należy wśród niego do wyjątków. Złe tkwi w tym razie raczej w łatwości rozwodów, jak to poniżej zobaczymy.